Szybciej, koteczku!

Nastolatka położyła z entuzjazmem na stole film o wielce wdziecznym, sugerującym treść niekoniecznie odpowiednią dla młodych panien, tytule: Faster, Pussycat! Kill! Kill! i kazała niezwłocznie obejrzeć. Warto było.

Film jest z gatunku trash movies, a więc niskobudżetowy, z pogranicza kiczu i komiksu. Powstał w latach sześćdziesiątych, pod czujnym okiem reżysera Russ’a Meyer’a. Treść? Trzy piękne długowłose kobiety, w obcisłych spodniach, z dużymi biustami i jeszcze większymi dekoltami, po pracy „przy rurze” w nocnym klubie udają się na pustynie, gdzie urządzają wyścigi ślicznymi, sportowymi kabrioletami. Tę jakże kobiecą, weekendową rozrywkę zakłóca im młoda para, która miała nieszczęście udać się w to samo miejsce na piknik. Mężczyzna zostaje bez większych ceregieli ukatrupiony gołymi rękami (nic dziwnego, miał na sobie naprawdę idiotyczne krótkie spodenki). Młode, niewinne dziewczę zostaje porwane.
Porywaczki jadą na pobliską, położoną na odludziu farmę, zamieszkałą przez trzech mężczyzn, a to w celu jej ograbienia. Widz, szczególnie płci żeńskiej, perspektywą popełnienia przez przez piękne istoty przestępstwa nie bardzo się przejmuje, bowiem mieszkańców farmy wolałby w ciemnej ulicy nie spotkać. Zwłaszcza unieruchomionego na wózku ojca i jego niedorozwiniętego syna, zajmujących się dla rozrywki wprowadzaniem w czyn najgorszych kobiecych koszmarów.
Zakończenia fabuły nie podam, bo w sumie to mało ważne, jak film się kończy. Ważne jest to dziwne wrażenie, jakie po sobie pozostawia, wrażenie zobaczenia czegoś, czego się jeszcze nigdy w życiu nie widziało, czegoś, co jest zdecydowanie inne, nie tylko w odniesieniu do innych filmów, ale też do życia. Dłuższą chwilę zajęło mi dotarcie to sedna tej inności. Otóż trzy główne bohaterki w zetknięciu z dość odrażającymi typkami się nie boją. Są silniejsze i sprawniejsze od mężczyzn. Wiedzą o tym. Nie ma w nich cienia lęku, są paniami sytuacji. Nic dziwnego, że wiele kobiet zwierzało się aktorce grającej główną rolę, Tura Satana (Turze Satanie?), że film ten zmienił ich życie. Tura Satana zagrała zresztą trochę siebie – grupowo zgwałcona gdy miała lat 9, przez lata ćwiczyła wschodnie sztuki walki, po czym znalazła swoich oprawców i… no porządnie ich zbiła*.
Mnie film życia nie zmienił, ale całkowite odwrócenie w nim ról (zabieg zawsze skuteczny – gdy powiedzmy ktoś się upiera, że nie nie jest na przykład rasistą, wystarczy zamienić miejscami w jego wypowiedziach wyrazy ‘biały’ i ‘czarny’) dość boleśnie uświadamia, że może równouprawnienie, wyzwolenie itp., ale gdzieś tam w głębi to przewaga fizyczna decyduje o tym, kto rządzi.
A trash movies uwielbiam. Przerysowania i nieskrywana umowność, chropawość dialogów, dalekie od ideału aktorstwo tworzą dystans niezbędny do skomentowania rzeczywistości. Skomentowania a nie przeżycia jej wraz ekranowymi bohaterami pod dyktando punktu widzenia reżysera. Przyjrzenia się bez zaangażowania emocjonalnego, chłodnym okiem, okraszonym sporą dawką śmiechu (nie zawsze tam, gdzie chciałby reżyser). Poszukania odniesień, cytatów, klisz, kalek, stereotypów.
Ach, i Tarantino rozpuszcza ploty, że wyreżyseruje Faster, Pussycat! Kill! Kill! jeszcze raz.
No i nie zapomnijcie wysłać swoich córek na lekcje karate.

* zielony pas aikido, czarny pas karate

7 Komentarzy

  • kabiria napisał/a:

    :))) też kiedyś poszłam drogą przemocy;) W ostatnich klasach podstawówki ćwiczyłam dźudo (niedługo) i bieganie na długie dystanse, a jak juz nabrałam siły i pewności siebie, to wpiep…łam najbardziej dręczącym mnie kolegom na oczach całej klasy. Do tego byłam straszna, bo wszystkich chłopaków w mojej klasie kładłam na rękę, choć wyglądałam jak szczypior i nikt się tego po mnie nie spodziewał. Do dziś pamiętam, co to za fantastyczne uczucie i pamiętam ich dezorientację i złość… Super sprawa. Teraz załatwiam kwestie sporne dyplomacją, ale z nostalgią myślę o tamtym etapie mojego życia:) Masz rację, trzeba posyłać córki na karate. A na ekranizację w wykonaniu Tarantino będę czekać z utęsknieniem :)

  • anuszka napisał/a:

    Statystycznie kobiety są niby rzeczywiście słabsze od mężczyzn. Ale tę różnicę pogłębia wychowanie. Kobiety są wychowywane TAK, ABY BYĆ SŁABSZE. Mniej sportu, zero walki, zero agresji.

    Gdy byłam w szkole, to biłam się z chłopakami i często wygrywałam. Natomiast takie podejscie do życia spotykało się z dużą dezaprobatą koleżanek… i ich rodziców.

  • Fio napisał/a:

    Nie wiem, czy namówię moją córkę na karate. Na razie dzielnie uprawia szermierkę… słowną. I jest w tym nie do pokonania!

    A koleżankę zapraszam… do siebie ;))

    Pozdrawiam!
    Fio

  • vierablu napisał/a:

    Fio, dziekuje za link do zdjec z mojego miasta. BYlam tam calkiem niedawno – na Rynku stala spora rzezba poswiecona zimie. W weekend opublikuje. Chyba juz czas na innego prezydenta miasta? Obecny sie juz chyba troche zasiedzial…. Nie dba…

    Kabiria, Anuszka – ja sie nigdy nie bilam (poza jednym przypadkiem oberwania koledze wszystkich guzikow od farutcha), ale za to mam grozne spojrzenie :). Mimo tego spojrzenia ciagle mam jakichs poskorny lek przed Obcym Mezczyzna o Zlych Zamiarach. Moze trzeba sie bylo bic…

  • Fio napisał/a:

    Uprzejmie donoszę, że "rzeźba" jeszcze dzisiaj stała. Pomnik niechlujstwa, brudu i bylejakości. I nie wiem, czy to kwestia prezydenta, czy wieloletniej "tradycji".
    No to teraz widzisz, jak sie muszę gimnastykować, aby na fotkach nie było "efektow specjalnych" :)
    Gliwice same w kadr się ne układają.
    No to się pożaliłam.
    :>

  • Telemach napisał/a:

    Dzień dobry, nazywam się Telemach K. i jestem tu pierwszy raz. Przywiodło mnie nazwiska Russa Meyera, o którym akurat piszę. To zadziwiające że akurat ten film zdobywa znów taką popularność, pod koniec lat 80-tych zach. Europa przeżywała renesans Meyera z którego uczynino wówczas ku jego własnemu zaskoczeniu reżysera kultowego. Ale pokazywane były w ramach retrospektyw głównie rozmaite, wcześniejsze i późniejsze Vixens…

    Sam Meyer miał powiedzieć krótko przed zgonem: „gdybym się nie interesował tyle cycami, pewnie byłby ze mnie dobry filmowiec”.

  • drakaina napisał/a:

    A propos rasizmu i zamiany ról. Jak wiadomo, w USA nie można zostać uznanym za rasistę jeśli się wypowiada negatywnie o białych. A ja wiem, jak to jest być jedyną białą w skądinąd wcale nie rasistowskiej kulturze, ale w wyłącznie kolorowej klasie (Ameryka Pd). Jesteś dziwadłem – na przerwach koleżanki podchodzą i przykładają swoje ręce do twojej, dziwiąc się, jak można mieć tak jasną skórę. Mnie to jakoś specjalnie nie przeszkadzało (przykra była tylko otwarta niechęć jednej dziewczyny), bo mając lat 11 nie byłam uświadomiona w politycznej poprawności i tym podobnych wymysłach. I nikt zapewne w mojej opowieści by się rasizmu nie dopatrzył. Ale zamieńmy teraz role: czarnoskóra dziewczynka w białej klasie i dziwiące się temu koleżanki, zachowujące się tak samo (pomińmy ten jeden przypadek jawnej niechęci. Natychmiast obrońcy poprawności politycznej zrobiliby larum, że to zachowania rasistowskie. Mam wrażenie, że takimi działaniami obrońcy równości napędzają nierówność, bo nie każde zachowanie widzące odmienność jest zachowaniem rasistowskim.

    Nawiasem mówiąc ileśtam lat później w Indiach wraz z jeszcze bardziej egzotyczną koleżanką (blondynka, niebieskie oczy) byłyśmy obfotografowywane przez głównie mężczyzn na południu Indii (Europejczyków jest tam zdecydowanie mniej niż na głównym indyjskim szlaku). Wyobrażacie sobie, co by się działo, gdyby ktoś chciał się sfotografować z osobą o innym kolorze skóry gdzieś w prowincjonalnej Anglii czy Francji?

    Podsumowując: sensowne działania antyrasistowskie nie powinny prowadzić do tego, że udajemy, że nie widzimy różnic. A tym bardziej nie powinny prowadzić do faworyzowania jakiejkolwiek grupy, bo to zazwyczaj prędzej czy później przeciwko tej grupie się obraca. A poza tym variety is richness i szkoda na nią zamykać oczy.

Wyślij komentarz

Nigdy nikomu nie udostępnię Twojego adresu e-mail Wymagane pola są zaznaczone *